czyli koci blog o Ryśku i Marchewce

 
 

Kumulacja

Zadzwoniła do mnie A.

- Cześć, co robisz?
- Nic szczególnego, siedzę w domu i czytam.
- To może wpadnę? Słuchaj, a Twoje koty to już całkiem zdrowe?
- Hmm, tak, zdaje się, że tak…
- O, to wpadnę z Bandytą!
- Ale…
- Będę za jakąś godzinę, pa!
- Pa…

W jednym mieszkaniu były jednocześnie trzy rude futra. Gospodarze, czyli Rysiek i Marchewka oraz ich gość zwany Bandziorem.

Myślałam, że taka wizyta to stres przede wszystkim dla odwiedzającego. Okazało się, że jest inaczej. Bandzior jest kotem, który dużo wychodzi i podróżuje, w związku z tym zestresowany nie był w ogóle. W przeciwieństwie do moich dwóch domatorów, Bandyta czuł się jak u siebie.

 
 

Spowiadam się dalej

…czyli rachunku sumienia część druga (część 1. tutaj).

W tym odcinku rozprawię się ze wszystkim, co można znaleźć u mnie w kuchni. Tej LUDZKIEJ kuchni, Ryśka i Marchewki akcesoria to inna bajka. Pragnę zaznaczyć, że wszystkie przedstawione tutaj przedmioty są niezmiernie przydatne!

Np. te miseczki, sztuk 4, prezent, którego pomysłodawczynią była inna taka, co to kota ma, ściśle biorąc 3. Miseczki bardzo funkcjonalne są – idealne do przegryzajek, na zupę, czy dip.

Spowiadam się ...z misek

W ramach tego samego prezentu i tej samej serii są też takie oto podkładki na stół (są 4 różne).

Spowiadam się dalej

A to wciąż ta sama seria, z tym że noże przyjechały z Paryża. Również prezent. Zastanawiałam się do czego służą. Jasne, do krojenia, ale czego? I wymyśliłam, że ten dłuższy do chleba, a ten krótszy do serów i tortów.

Spowiadam się dalej

Podstawki pod kubki też dostałam – z Walii.

Spowiadam się dalej
W kolejnej części kuchnia czysto KOCIA!

 
 

Zdradliwy deser

Pamiętacie to czekoladowe niebo w gębie? W kuchni radzę sobie… nie radzę sobie zbyt dobrze, więc pomyślałam, że blok czekoladowy będzie jak znalazł. Nie wymaga specjalnych umiejętności. Poszukałam przepisu, przy okazji poczytałam o czyichś z blokiem związanych wspomnieniach. Przeważnie była to mama/ciocia/babcia, która młodzież w ten sposób uszczęśliwiała. Mnie uszczęśliwiało PSS Społem. Wspomnienie zakupu kawałka tego nieba jest wciąż żywe.

Tym sposobem część sobotniego wieczoru zajęło mi podgrzewanie, mieszanie i formowanie. Potem kakaowa masa powędrowała do lodówki. Pierwsza myśl po przebudzeniu – blok! Nie ma to jak dobry bodziec rano. Blok nie mógł nie udać się. Jest taki jak zawsze. Palce lizać. To ja lecę do lodówki!

Ale zanim tam polecę będzie i o kotach. Nie tylko o moich, o wszystkich. Wydawało mi się, że wiem o kotach całkiem sporo. Do niedawna nie miałam jednak pojęcia, że kotom zupełnie obcy jest słodki smak.

(…) psy, choć nie potrzebują soli, odczuwają przecież słony smak, a koty słodkiego – nie. Dlaczego? Dopiero niedawno naukowcy znaleźli bezpośrednią przyczynę tego „upośledzenia” smaku u kotów – wada w genie kodującym receptor słodkiego smaku. Krótko mówiąc – kotowatym z powodu jakiejś dawnej mutacji brakuje 247 par zasad w strukturze DNA. Nie wiadomo jednak, jak do tego doszło – czy koty wybrały dietę białkową z małą zawartością węglowodanów, ponieważ nie odczuwały słodyczy, czy stało się odwrotnie – mięsne skłonności spowodowały zanik tej zdolności. (…) Można dojść do wniosku, że koty utraciły zdolność odczuwania słodkiego smaku właśnie dlatego, że słodkości są im zbędne i w naturze nie jadają słodyczy. Jakkolwiek by nie było, niemożność rozkoszowania się słodyczą natura wynagrodziła kotom szerokim wachlarzem receptorów pozwalających im odróżniać smaki aminokwasów, czyli jednostek budulcowych białek. Okazuje się, że nie mamy pojęcia, jak bogaty smak może mieć dla naszego kota zwykły kawałek mięsa. Mleka natomiast dorosłe koty nie trawią – podobnie zresztą jak część dorosłych ludzi. (…)

Cytat pochodzi stąd.

Nie zgodzę się tylko ze stwierdzeniem, że koty nie lubią cukierków. Może i nie odróżniają słodkiego od niesłodkiego, ale cukierkiem, a dokładniej lizakiem, nie pogardzą. Dajcie swojemu kotu spróbować jakiś śmietankowy Chupa Chups, a przekonacie się o czym mówię. Nie namawiam do serwowania kotom takich „smakołyków”, chodzi raczej o ciekawą kocią reakcję, która ma wówczas miejsce.

Inną ciekawostką, a właściwie przestrogą, jest wiedza, w posiadanie której weszłam już post factum. Wpisu jeszcze co prawda nie opublikowałam, ale kota uraczyłam. Rysiek łakomczuch był blokiem żywo zainteresowany. Poczęstowany lizał go namiętnie. A ja nieświadoma tego, co robię. Zwykle nie karmię go słodyczami (zwłaszcza, że zalecono mu dietę). Lizak to pojedynczy epizod jakiś czas temu, blok też ten jedyny raz.

Nie wiedziałam, że czekolada dla kotów jest trująca. Przypuszczam, że wielu właścicieli kotów może tego nie wiedzieć. Co prawda dawka śmiertelna to 450g, czyli 4,5 tabliczki czekolady – ilość, która wydaje się nie do zjedzenia przez kota. Nie mam pojęcia, czy ta śladowa ilość, która jest w bloku (4 łyżki kakao) może kotu zaszkodzić. Powodów do obaw raczej nie mam, minęło już trochę czasu i żadnych niepokojących zmian u Ryśka nie zaobserwowałam. Apetyt mu dopisuje jak zawsze. Warto jednak wiedzieć, że to co nie szkodzi ludziom, niekoniecznienie jest wskazane dla kota. Nie ma też co popadać w przesadę, myślę że wszystko to kwestia umiaru. W końcu spirytus w małej dawce krzywdy człowiekowi nie zrobi, ale w dużej już tak.

Blok czekoladowy autorstwa rudomi

Podstępny, acz pyszny blok

Ryszard-grzesznik i jego niemądra pani

Niewyposażony w instynkt samozachowawczy Ryszard i jego niemądra pani

Edit z dnia 30.12.2011 – w związku z tym, że wciąż i wciąż dostaję na maila pytania o przepis, poniżej publikuję ten, z którego korzystałam :) Niestety nie znam autora, więc go nie podam…

Blok czekoladowy 

Składniki:

  • 1 paczka (500g) pełnotłustego mleka w proszku (nie granulowane!)
  • 4 opakowania petit beurre (używam 4x100g herbatników Jutrzenki) – ja dałam pół paczki takiej 220g i chyba było za mało (uwaga: herbatniki lebinitz są wg mnie zbyt miękkie).
  • 1 szklanka rodzynek (namoczonych w gorącej wodzie i porządnie odsączonych) lub dowolne bakalie (orzechy, migdały, figi suszone etc.). Ja nie dodaje nic poza herbatnikami – tak lubię :)
  • 200 ml wody
  • 1 masło roślinne lub masło (lub margaryna Kasia). Mi najbardziej odpowiada masło roślinne.
  • ¾ szklanki cukru (jeśli daję rodzynki) lub 1 szklanka jeśli bez rodzynek (ja zrobiłam bez rodzynek i 1 szklanka cukru)
  • 3 łyżki kakao (lub więcej – ja dałam 4 łyżki)

Przygotowanie:

  • Przygotować foremkę silikonową, lub metalową wyłożoną folią spożywczą lub papierem do pieczenia (używam foremki 22x22cm).
  • Do bardzo dużej miski wsypać mleko w proszku, połamane na kawałki herbatniki i rodzynki. Wymieszać suche produkty.
  • Do garnuszka wlać wodę, włożyć masło, cukier i kakao. Mieszając – zagotować (cukier powinien się rozpuścić, a całość połączyć w jednolity płyn). Nie studzić.
  • Do suchych produktów wlać połowę płynu i mieszać (np. drewnianą łyżką). Początkowo mieszanie idzie bardzo ciężko, a mleko w proszku zaczyna tworzyć grudki. Dolewać partiami pozostały płyn, i dość energicznie każdorazowo mieszać.
  • Wyłożyć uzyskaną gęstą masę do foremki, ubić masę, by pozbyć się ewentualnych pęcherzyków powietrza. Przykryć folią spożywczą. Przestudzone wstawić do lodówki, aż do porządnego stwardnienia (u mnie zwykle na całą noc). Kroić na małe porcje.

Powodzenia i smacznego!

 
 

Kot w worku?

Dopatrzyłam się niezgodności z umową. Skoro jest umowa, to są prawa i obowiązki z niej wynikające, dla obu stron, czyż nie tak? Rozważam złożenie reklamacji.

A może ja tylko fantazjuję i wszystko jest jak być powinno? Czy w tej sytuacji możecie, drodzy czytający, wystąpić w roli rzeczoznawców? Ocenić – kot to czy nie kot?

Acha, dwa z tych zdjęć są nieco starsze, podejrzewam, że zostały celowo przede mną zatajone przez ich autora, żebym się szybko nie zorientowała i zwierza – jakimkolwiek by nie był – pokochała.

 
 

Rachunek sumienia cz.1

Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma…

Ostatnio ktoś podzielił się ze mną swoją obserwacją. Ponoć gdzie się nie spojrzy, dokąd w moim domu nie zajrzy, tam kot. Niby nic takiego, w końcu wszyscy (jw.) jesteśmy jakoś zbzikowani. Bzik, pasja, słabość, zwał jak zwał. Wciąga, uzależnia i towarzyszy.

Postanowiłam z moim hoplem zmierzyć się. Czy naprawdę jest tak, że kotów tutaj więcej niż dwa?

Spowiedź czas zacząć. Nie chcąc wywołać zupełnie niepożądanych emocji, takich jak znużenie, niepokój, czy wstrząs, będę kocie-cosie dawkowała.

Od razu zaznaczam, że większość tych rzeczy została mi sprezentowana. A więc jestem taką kolekcjonerką z przymusu. Tak jakby.

Na początek te, które są ze mną najdłużej. Wyszły spod jednej ręki. Niepowtarzalne.

Ryszard na płótnie

Ryszard na płótnie

Rysiek na fotografii

Ryszard na fotografii

Ciąg dalszy nastąpi.

 
 

Niepuszczalskie

Nie pisałam o tym wcześniej. Pomyślałam, że warto napisać. Mianowicie o adopcji kota.

Marchewka jest kotem z adopcji. Wszystko odbyło się zgodnie z „procedurami” – najpierw wywiad, z gatunku tych pogłębionych. Celem wywiadu poznanie moich warunków, tego, co mogę i chcę kotu zapewnić oraz jak zapatruje się na niejakie, nie dla wszystkich oczywiste, kwestie.
Ja, jako potencjalny dom dla Marchewkowej Królowej*, zostałam potraktowana nieco ulgowo. Znalazłam Marchewkę tam, gdzie rzadko bywają nie-kociarze.
Co innego jednak przypuszczenia i intuicja oddającego do adopcji, czy nawet dobre intencje obdarowywanego, a rzeczywiste możliwości. Dlatego kolejnym krokiem jest tzw. wizyta przedadopcyjna. Ocena stosunku chęci do możliwości. Na tyle, na ile da się to ocenić. U mnie ten etap został pominięty. Z dwóch, jak mniemam, powodów. Po pierwsze wspomniane wcześniej źródło mojej wiedzy o Marchewce. Po drugie, z mojej płomiennej korespondencji najpewniej wynikało, że mi świadomie i z pełnymi konsekwencjami tej decyzji, zależy na rudym mini futerku. To samo pewnie wynikało dalej z rozmowy telefonicznej ze mną podekscytowaną po jednej stronie, a Wnikliwą A. po drugiej.
Wraz z przyjęciem nowego domownika podpisuje się umowę adopcyjną.
Jest jeszcze jeden etap, tzw. wizyta poadopcyjna. Ocena stosunku deklaracji do realizacji. Ja takiej wizyty nie doczekałam się, chociaż Pani Wnikliwa jest u mnie bardzo, a nawet bardziej welcome. Wręcz sama upominam się o wizytę. Mam coś tam na sumieniu, ale liczę na wyrozumiałość. Chyba jestem z tych upierdliwych adoptujących, co to nie dają wyadoptującym żyć.

A dlaczego „Niepuszczalskie”?
A dlatego, że o tym między innymi mowa w warunkach umowy adopcyjnej.
Niepuszczalskie, bo nie puszczane samopas. Nie biegają po pobliskich drogach, nie wpadają bez uprzedzenia do sąsiada, nie ryzykują nowych znajomości.  Na pewno nie bez asysty swojego opiekuna. Niepuszczalskie, bo nie parzą się i nie mnożą. I o to kocie „niepuszczalstwo” w znaczeniu dwojakim stara się oddający kota zadbać. I to wywołuje kontrowersje. Jak to, ograniczać kotu wolność? Nie pozwalać na miłosne uniesienia? Zabraniać swobodnego hasania i obcowania z przyrodą? Okaleczać?! Takie oto przekonania pokutują. Blog w tonie moralizatorskim nie jest i nie miał być. Poza tym daleka od moralizowania jestem, sama kiedyś nie wiedziałam albo wydawało mi się inaczej. Teraz jestem świadoma. Świadoma konsekwencji niewiedzy. Umowę podpisałam wszystkimi czterema łapami …tfu kończynami.

To chyba dobry moment, żeby pokazać Marchewkę taką, jaką ja ją po raz pierwszy zobaczyłam.

*Marchewkowi koronowani to nie moja twórczość. To z pewnego pana, który zawsze witając się z Ryśkiem nazywał go Marchewkowym Królem. Tak mi się spodobało, że sobie zapożyczyłam i do króla królową dołożyłam.

 
 

Siła przyciągania?

Czy teraz już wszystkie rude koty będą stawały właśnie na mojej drodze? Ostatnio stanął kolejny. Czy raczej położył się. I kolejny happy end. Chwilowe ciotkowanie (tym razem właściwie wujkowanie) przerodziło się w relację trwałą. Bo kot taki mądry, kontaktowy i ma sufit nad głową. A ma – teraz nie tylko w przenośni, ale i dosłownie. I o to chodziło.

 
 

Czary-mary

Poranek jak każdy inny. Szykuję sobie kawę, darmozjadom żarcie. Młody rudy piorun lata po blacie, za nic mając moje strofowanie. Mignął za roletą, tuż obok szklanego wazonu. I tak mi przeszło przez myśl… ciekawe, czy ona się tam zmieści, w końcu taka niewyrośnięta jest. Nie żebym od razu pakowała kota do środka i sprawdzała. Nie mam już 5 lat, zapędów sadystycznych chyba też nie. Taki tylko przebłysk. Wracam do swoich czynności, za chwilę znowu spoglądam w bok. A tu… tak, wiem, trudno w to uwierzyć. Marchew jest w tymże wazonie. Wlazła sama. Serio. Czyżbym miała jakieś zdolności jasnowidzenia? Wszystko jedno – Marchewa, you made my day!

 
 

UkryWARKA

Jakoś nudno mi. O wiem! Pobawię się z nimi w chowanego! O! Tu jakiś karton. Fajnie, ma otworki, żebym mogła ich widzieć, ale sama będę niewidzialna. Super! Halo? Kto się ze mną pobawi w chowanego? Dobra, ja już gotowa w mojej kryjówce, szukajcie mnie!

 
 
 
Do góry