Pisząc o mojej wizycie w Wilnie, zupełnie zapomniałam zaprezentować przywieziony stamtąd prezent dla rudych. Jeden wspólny, bo i tak mieszkanie zasypane już maskotkami i zabawkami (ktoś mógłby pomyśleć, że w domu są dwunożne dzieci).
Rude dostały zrobioną na drutach mysz. Mysz wileńska dołączyła do pozostałych „kocich” zabawek, czyli leży i kurzy się. No dobrze, Marchewce zdarza się ją czasem na kilka sekund zauważyć i wtedy ją tarmosi lub nosi w zębach.
Pożytek z myszy chociaż taki, że świetnie pozuje do zdjęć.
Zdjęcia autorstwa O. Jeśli kiedyś pojawią się na blogu moje własne, na pewno o tym wspomnę.










ależ urocza :) pozuje pięknie :)
Śliczna myszka. I na dodatek przywieziona z jednego z moich ulubionych miejsc na Ziemi ;) Szczęściarze z tych kociaków ;)
no i jakie piękne zdjęcia O. :-)
Ale świetne fotografie! a te prześwitujące uchalce, bo uszkami ich się nie da nazwać :)))))
Świetne zdjęcia.
W związku z moim pseudo, przyczepionym przez męża do mojej osoby wiele lat temu, kolekcjonuję myszy z każdego materiału :-), ale takiej jeszcze nie mam, muszę wybrać się do Wilna.
Maupa czarna też woli reklamówki, kartony, ołówki i inne od własnych zabawek …
właściwie to bym Ci mogła mysz sprezentować Agnieszko, nic u mnie po niej ;) tylko trochę już używana…